W mojej opinii Laponia to ostoja wyciszenia i relaksu ze szczyptą wielkiej przygody i szkoły przetrwania. Wprost idealny przepis na regenerację ducha i ciała. Myślę, że po przeczytaniu opowiadania o jednym z wyjazdów do Rovaniemi podzielą Państwo moje zdanie. A być może, zachęci to Państwa do złożenia wizyty w tym interesującym zakątku świata.
Do Rovaniemi, nieoficjalnej stolicy Laponii kursuje z Warszawy kilka samolotów dziennie. Ponieważ niema połączeń bezpośrednich na tej trasie, mieliśmy przesiadkę w Helsinkach. Dwugodzinne oczekiwanie na samolot do Rovaniemi urozmaiciła nam wizyta w pubie Oak Barrel, znajdującym się na lotnisku. Jak się okazało, pub ów oferuje bardzo szeroką gamę lokalnych alkoholi m.in. godny polecenia specjał krajów północy - piwo Lapin Kulta. Jeden z kolegów tak polubił atmosferę lotniskowego pubu, że postanowił nie kontynuować swojej dalszej podróży. Z trudem go przekonaliśmy, że warto. Nasz następny odcinek podróży z Helsinek do Rovaniemi upłynął nam lekko, wesoło i przyjemnie.
Rovaniemi przywitało nas śnieżną bielą i przytulną atmosferą lotniska. W rogu hali odlotów tlił się kominek, a na podjeździe w ślad za taksówkami stał zaprzęg reniferów. Zanim wsiedliśmy do busa i odjechaliśmy w stronę hotelu, poczęstowano nas „welcome drinkiem” w kieliszkach z lodu. Drink nazywał się „łzy renifera”, jak dla mnie nie zbyt smaczny, choć koledze, który chciał zostać na lotnisku w Helsinkach zasmakował i przywrócił chęć do dalszego poznawania kultury północy. Po 15 minutach zaśnieżonej drogi z lotniska, byliśmy w hotelu Pohjanhovi 4*. Nie dało się ukryć, że hotel pamięta zamierzchłe czasy, ale komfortowe pokoje, dobra kuchnia, sauna, basen i świetna lokalizacja sprawiły, że w naszej opinii zasłużył na swoje 4 gwiazdki. Jak się później okazało jest to najlepszy hotel w okolicy.
Po kolacji wyszliśmy z hotelu trochę się rozejrzeć. Przeszliśmy ok. 300 metrów drogi i natknęliśmy się na pub Hemingway. Gdyby nie centralnie zlokalizowany duży bar czulibyśmy się tam zupełnie jak w czytelni publicznej. Półki na wszystkich ścianach zastawione były po brzegi literaturą Hemingwaya, w różnych przekładach i językach. Ponieważ był to piątek, klientów było sporo, ale żaden z nich książki nie czytał. Większość z klientów siedziało przy barze w milczeniu i piło alkohol. Dodam, że kultura picia alkoholu w tym regionie jest specyficzna, choć bardzo prosta w swojej istocie. Podczas kiedy dla nas, Polaków celem picia alkoholu jest wspólna zabawa, rozmowy, integracja, tańce itp. dla Finów z północy celem picia alkoholu jest picie alkoholu. Cel ten realizują bardzo skutecznie. Przyznam, że tyle pijanych osób na ulicach nie widziałem nigdzie indziej. Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, wszyscy wylegają z knajp i bezpardonowo zataczają się całą szerokością ulic. Wielkie zaspy śnieżne co chwilę przyjmują nowych gości. Kolejna zaskakująca rzecz to, że w tak niewielkim pubie znalazło się miejsce na ruletkę i stół do Black Jacka. Na koniec pobytu takie zjawiska już nas nie dziwiły, okazało się bowiem, że Finowie wciskają mini kasyno wszędzie gdzie to możliwe, w każdym pubie, w każdym klubie a nawet w budce z kebabem i pizza. Istny raj dla hazardzistów.
Następnego dnia, zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na wyprawę skuterami śnieżnymi. Obsługa wyposażyła nas w specjalne kombinezony, buty, rękawiczki i kaski. Dzięki temu ekwipunkowi mróz nie był już nam straszny. Duża moc i przyśpieszenia skuterów sprawiały, że prowadzenie pojazdu było wielką frajdą. Pierwszym etapem była przeprawa przez głęboki śnieg w lesie. Tutaj najcenniejszą umiejętnością była sztuka balansowania, aby nie zakopać w śniegu maszyny ważącej ponad 200 kg. Wszyscy byli więc skupieni i ostrożni. Kiedy jednak wybrnęliśmy z gęstwin leśnych i przed nami rozpostarła się długa, pokryta śniegiem, gładka tafla zamarzniętej rzeki wystarczył tylko jeden znak od przewodnika tzw. czadu! i wszyscy ruszyli przed siebie z prędkością 140km/h zostawiając za sobą jedynie białą fontannę puchu śnieżnego.
Następnym punktem w programie była wizyta na farmie psów husky i nauka powożenia psich zaprzęgów. Nie mogliśmy się nadziwić, jak bardzo te sympatyczne psy pragną biegać. Aby psy ruszyły, niepotrzebne jest nawet żadne hasło i żaden okrzyk, wystarczy odwiązać linę mocującą zaprzęg, a husky startują jak z procy nie czekając na pasażerów. Paradoksalnie więc najważniejszą rzeczą w powożeniu psim zaprzęgiem jest umiejętność hamowania. Bez opanowania tej sztuki będziemy sunąć przed siebie póki pieski nie osłabną, a siły mają dużo. Podobno wielu na powożeniu w ten sposób ciemna noc zastała...
Kontynuowaliśmy swoją wyprawę na skuterach, brnąc coraz dalej na północ. Kolejny przystanek zrobiliśmy na niewielkim, jeziorze. Nasz przewodnik przekazał nam wiertło do robienia otworów w lodzie i mini wędki. Spuściliśmy przynęty na haczykach i w spokoju oczekiwaliśmy na branie. Byliśmy już chyba gdzieś niedaleko końca świata, bo wokół nas poza śniegiem, lasem i zbliżającym się już ku zachodowi słońcem nie było nic. Cisza była tak głucha, że słyszałem jak pracują moje szare komórki. Nie zdążyłem jednak podsłuchać nad czym pracują bo w tej samej chwili poczułem szarpanie na końcu wędki. Momentalnie zaciąłem i rozpocząłem walkę. Szybko przezwyciężyłem opór stawiany przez rybę i wyciągnąłem ją na powierzchnię. Nie wpisałem jednak tego osiągnięcia na listę swoich sukcesów życiowych, zdobycz była wielkości mojej dłoni, ale satysfakcja… ogromna!
Następnego dnia pojechaliśmy do Kemi, miasta portowego położonego nad zatoką Botnicką. Tam zaokrętowaliśmy się na lodołamaczu Sampo, jedynym tego typu statkiem przystosowanym do rejsów turystycznych. Nie umiem powtórzyć ile ton ważył, bo liczba była kompletnie abstrakcyjna natomiast zapamiętałem, że moc jaką produkowały jego silniki wystarczyłaby na zasilenie prądem całego Kemi, ponad dwudziestotysięcznego miasteczka. Poza samym rejsem czekała nas dodatkowa atrakcja, kąpiel w przerębli na środku pokrytej lodem zatoki. Oczywiście nie pływaliśmy tam w zwykłych strojach kąpielowych, każdy dostał specjalny kombinezon, który nie przepuszczał zimna i pozwalał na unoszenie się na powierzchni wody. Jaskrawe stroje zakrywały nas od stóp do głów, odkryte mieliśmy tylko usta, nosy i oczy. Kiedy po przebraniu zobaczyliśmy się nawzajem wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Wyglądaliśmy jak banda Marsjan, która wylądowała lodołamaczem na środku lodowej pustyni i głupkowato się cieszy. Wrażenia z kąpieli w przerębli... bezcenne.
Nie będę zdradzał wszystkich atrakcji i tajemnic magicznej Laponii. Powiem tylko, że podczas tego samego wyjazdu mieliśmy okazję spędzić noc w hotelu z lodu, wziąć udział w wyścigu ice-cartami, jeździć z profesjonalnym kierowcą samochodem rajdowym po zaśnieżonych leśnych drogach z prędkością 170 km/h. Jeździliśmy na deskach w świetnie przygotowanym snowparku w Levi. Wizytowaliśmy także u lapońskiego szamana, który uzdrawiał nasze dusze i ciała. Nie przegapiliśmy oczywiści osobistej audiencji u Świętego Mikołaja. Z jego poczty wysłaliśmy kartki a w jego sklepach kupiliśmy pamiątki.
Miałem okazję kilkukrotnie wizytować na kole podbiegunowym. Mimo mrozu za każdym razem z podróży wracałem rozgrzany, z nową energią i workiem pełnym przygód.
Gorąco polecam ten zimny kierunek podróży!






Komentarze {0}
Aby dodać komentarz, lub aby zobaczyć komentarze innych użytkowników, musisz się zalogować.