Ponad 35 lat podróżowania do najdalszych zakątków świata hartuje ducha i kształtuje osobowość. O tym, jak polarne warunki dają się we znaki i jak w nich przetrwać, opowiada podróżnik i odkrywca - Marek Kamiński.
Iwona Żelazna: Jak wiele podróży do mroźnych krain Pan odbył?
Marek Kamiński: Bardzo wiele. Można powiedzieć, że spędziłem łącznie 2 lata na lodzie. Przeszedłem w sumie prawie 9 tysięcy kilometrów. Jednak nie liczy się ilość, a jakość. Najważniejsze są polarne perły to dla mnie: przejście Grenlandii, zdobycie biegunów, zdobycie szczytu Mount Vinson i zdobycie najwyższego szczytu za północnym kręgiem polarnym Gunnbjørns Fjeld na Grenlandii.
IŻ: Co było w nich najbardziej niebezpieczne?
MK: Było bardzo dużo niebezpieczeństw. Może jeszcze więcej niż moich podróży. Były to przede wszystkim: białe niedźwiedzie, woda, ponieważ szedłem po zamarzniętym morzu którego głębokość sięgała kilka kilometrów. Również temperatura sięgająca do -80 stopni Celsjusza, wiatry wiejące z prędkością do 300 km/h, lawiny, przepaście. Niebezpieczeństwo niósł również stan psychiczny uczestników wypraw – lęk przed nieznanym, strach czy tez słabość organizmu. Myślę, że wszystkie te czynniki są bardzo niebezpieczne, ale można je minimalizować. Istotne jest aby przygotować się odpowiednio do wyprawy.
IŻ: Z jak niskimi temperaturami się Pan zmagał i jak je przetrwać?
MK: Standardowo temperatury sięgały –60 stopni Celsjusza. Idąc na Biegun Północny przez miesiąc przebywałem w takim mrozie. Czasami to jest abstrakcja dla osób, którym to opowiadam. Złudzenie. Mogłoby się wydawać, że nie ma różnicy między -60 a -30 stopniami, jednak jest ona bardzo duża. Można to porównać do różnicy miedzy 0 a +30 stopniami. Nie ma cudownego sprzętu – kombinezonu, czy namiotu, dzięki któremu możemy odizolować się od zimna. Temperatura w namiocie była taka sama jak na zewnątrz. Kiedy wędruje się w mrozie, trzeba uważać, żeby się nie zgrzać. Trzeba być na granicy wyziębienia i stale się wentylować. Chodzi o to, żeby wszystko było suche. Na przykład, w czasie polarnych wypraw musiałem budzić się co 15 minut żeby pocierać kończyny i pobudzać krążenie, żeby ich nie odmrozić. Do każdej wyprawy i sytuacji trzeba się dobrze przygotować. Wiedza i doświadczenie dają możliwość przetrwania w niskich temperaturach. Szczegółowe informacje na ten temat opisuję w mojej książce pt.: „Wyprawa”. Sposobów na przetrwanie jest wiele, jednak musimy pamiętać, że wszystko opiera się na psychice, poczuciu, że jesteśmy przygotowani i nie spanikujemy.
IŻ: Jaką najbardziej ekstremalną sytuację z wypraw górskich Pan pamięta?
MK: Było wiele takich sytuacji. Pamiętam bardzo niebezpieczną sytuację, kiedy pokonywałem dużą różnicę wzniesień podczas samotnej wyprawy na Antarktydzie. W pewnym momencie setki ton lodu oderwały się od krawędzi lodowca i zaczęły jak piłeczki pingpongowe spadać w dół. Spadały na drogę, którą przed chwilą przechodziłem. Pamiętam również, kiedy razem z Leszkiem Cichym wspinałem się w Dolomitach. Dochodziliśmy na szczyt i zaczęła się burza z piorunami. Innym razem, kiedy również z Leszkiem Cichym zdobywaliśmy najwyższy szczyt Grenlandii było załamanie pogody. Do szczytu było chyba 200 metrów, a nasz obóz był około 11 km od nas. Mimo że na szczyt było tak blisko, a do obozu tak daleko - zdecydowaliśmy zawrócić. Dzięki temu przeżyliśmy. Podczas każdej wyprawy coś się działo. Na przykład zdobywając szczyt w Andach – Huyana Potosi okazało się, że grania szczytowa była ostra jak brzytwa. Na szczyt wspinaliśmy się w trójkę, jeden z nas ześlizgnął się na rakach w dół i o mało nie spadliśmy. Udało się, nikomu nic się nie stało. Później okazało się, że jedyną możliwością wyjścia na szczyt było przewieszenie się przez niego. Z dwóch stron ekspozycja była około 1000 metrów w dół.
IŻ: Czy wyprawa z Jasiem Melą zmieniła coś w Pana postrzeganiu trudności dalekich podróży?
MK: Każdy trudny projekt, jeżeli przeżyjemy go naprawdę - zmienia nas. W moim przypadku wyprawa z Jasiem była rozszerzeniem horyzontów. Głównym czynnikiem odróżniającym tę wyprawę od innych była odpowiedzialność za drugiego człowieka. Zobaczyłem, że nieraz trzeba pójść bardzo daleko, żeby pomoc ludziom którzy są bardzo blisko. Dzięki tej wyprawie pomogliśmy wielu osobom, które uwierzyły w siebie i daliśmy im nadzieję. Okazało się również, że wyprawy mogą być eksperymentami, które wzbogacają świadomość społeczeństwa. Doświadczenie to wykorzystałem później, realizując projekt Ekspedycja Wisła. Dzięki wyprawie z Jasiem wiem, że każdy projekt wyprawowy dotyczący dalekich miejsc zmienia rzeczy które są bardzo blisko nas. Odległość nie ma znaczenia. Liczy się doświadczenie i rozwiązania, które można przenosić na różne sfery naszego życia.
IŻ: Czy są cechy (ficzyczne i osobowościowe), które dyskwalifikują podejmowanie się takich wypraw?
MK: Myślę, ze nie ma takich. Wiem, że na pewno cechy fizyczne nie dyskwalifikują, przykładem tego jest moja wyprawa z Jasiem, dzięki której pokazaliśmy, że niemożliwe jest możliwe. Nieraz są takie choroby, które wymagają odpowiednich leków i odpowiedniego przygotowania się. Wyprawy nie powinny być narażeniem życia. Powinny je wzbogacać. Dlatego, planując wyprawę trzeba brać pod uwagę stan swojego zdrowia i być uważnym. Wyprawa bez przygotowania może okazać się niebezpieczna dla życia i zdrowia, dlatego tak ważne jest aby móc oprzeć się na doświadczeniu innych.
Jeśli chodzi o osobowość, to uważam ze osoby konfliktowe, które są nastawione na siebie mogą stanowić przeszkodę w podróżowaniu w grupie. Ale na pewno są tez osoby które sądzą wręcz przeciwnie; konfliktowość powoduje, że szybciej znajduje się rozwiązania. Wydaje mi się, ze z góry nie można kogoś dyskwalifikować ze względu na cechy osobowościowe, ponieważ w pewnych warunkach wady mogą okazać się zaletami i odwrotnie.
W sytuacjach ekstremalnych skupianie się na sobie może skutkować uratowaniem całej grupy. I odwrotnie: zbytnia ugodowość, zgodność za wszelką cenę i przytakiwanie może spowodować niebezpieczną sytuację, ponieważ nie ma wymiany zdań i nie można zdiagnozować niebezpieczeństwa ze wszystkich stron.
IŻ: Jaką następną wyprawę Pan planuje?
MK: Wyprawy to narzędzie, które służy do poznawania świata, z drugiej strony jego zmiany. Dlatego też wyprawy, które zamierzam podjąć, nie będą pokazywać jak jestem silny, ale mają pomagać innym i być inspiracją dla innych. Być może wkrótce podejmę się wyprawy o roboczym tytule „Odyseja 2012”. Będzie ona dotyczyć pewnej historii, która miała miejsce tysiące lat temu. Chciałbym, żeby była inspiracją dla innych. Dla mnie moją najważniejszą wyprawą jest rodzina – żona i dzieci oraz książki, które piszę.
TravelMinimalizować niebezpieczeństwo RSS
Popularne słowa kluczowe
-
Food&Drink
Walentynki w Joseph's Wine & Food
Zapraszamy na wieczór walentynkowy w Joseph's Wine & Food
-
Moto
VW Sharan - Wielki członek rodziny
Kiedy w wyjeździe rodzinnym uczestniczy pięcioro, a nawet siedmioro jej...
-
Beauty&Sport
Zimowy ekspres nawilżający
Początek roku to dla większości z nas czas niesamowitej zabawy karnawałowej....
-
Fashion
Van Thorn radzi: Jak dobrze wyglądać na balu dużym i małym
Trwa okres karnawału czyli czas hucznych imprez i bali. Właśnie dlatego...


Komentarze {0}
Aby dodać komentarz, lub aby zobaczyć komentarze innych użytkowników, musisz się zalogować.